sobota, 26 marca 2011
Witold Gadowski: kto skłóca Polaków i Żydów

Witold Gadowski, dziennikarz śledczy, były szef TVP1, fragment wypowiedzi dla portalu izrael.org.il:

Od dawna zbierałem się, aby napisać o tej cholernej chorobie – antysemityźmie – którą przemyślnie wszczepiła nam Rosja.

Nie będę sięgał do osławionej fałszywki wypichconej przez carską ochranę i Matwieja Gołowincewa, znanej jako „Protokoly sijonskich mudrecow”, bo to tylko część starorosyjskiej strategii dzielenia i rządzenia.

Zauważcie, że antysemityzm zawsze był wykorzystywany, najpierw przez carat, a potem przez sowieckich kremlińców dla oddalenia perspektywy racjonalnej współpracy narodów Polskiego i Żydowskiego. Pierwszy rzut sowieckiej bezpieki, która kolonizowała w 1945 roku Rzeczpospolitą, to, jak pamiętacie, starannie wyselekcjonowany przez Stalina korpus bezpieczników pochodzenia żydowskiego. Przypadek?

Nie. Zimno zaplanowana socjotechnika, obliczona na trwałe wzbudzenie w polskim społeczeństwie nienawiści do semitów. Potem heca Moczara, Gomułki i Jaruzelskiego związana z tropieniem syjonistycznej agentury wewnątrz PZPR i bezpieki.

Podział ról w ramach Układu Warszawskiego, gdzie Polsce przydzielono wspieranie wszelkich antyizraelskich ruchów. To PRL – owskie służby przodowały w podkrzepianiu OWP (w PRL – owskiej Warszawie była nawet ambasada OWP), wszelkiej maści antyizraelskich terrorystów. PRL szkodziła jak mogła państwu Izrael. Polscy komuniści ochraniali antysemickich terrorystów z grupy Baader Meinchof, wspierali Abu Nidala, „Carlosa”, Wadi Haddada, George Habbasza – to fakty.

Mało kto wie o tym, że 100 tysięcy nakładu antysemickiej "Rzeczywistości" na pniu wykupowała ambasada Syrii Było to w czasach gdy Breżniew kochał Asada. Jest na to ślad w papierach po SB.

Antysemickie ukorzenienie Polaków miało służyć uniemożliwieniu porozumienia się pomiędzy polskim żywiołem niepodległościowym i syjonistycznymi budowniczymi państwa Izrael.

Nietrudno zauważyć, że od wielu lat i Polska i Izrael maja wspólnego przeciwnika – różne mutacje wielkoruskiego imperializmu.

Dziś również usiłuje się idiotycznie skojarzyć polskie środowiska niepodległościowe i patriotyczne z chorobliwym antysemityzmem. Warto zauważyć przy tym, że towarzystwo „Gazety Wyborczej” w żaden sposób nie jest reprezentatywne dla państwowotwórczych elit syjonizmu. Jeśli szukać paranteli tego grona, to raczej wśród wrogich idei państwa Izrael grup wywodzących się z ZSRR.

reszta tutaj

kaczynski

wtorek, 08 lutego 2011
Klich: zmniejszyłem liczbę generałów
Egiptem Egiptem, a w kraju też się dzieją ciekawe rzeczy. Np. gen. Petelicki rośnie na główną gwiazdę opozycji. Jest wszędzie, i w "Naszym Dzienniku" i w TVN. Ostatnio udzielił arcyciekawego wywiadu dla "Playboya", w którym (czasem chlapie bez namysłu jęzorem - mój mentor z ISM nazywa go zresztą "operetkowym generałem" - ale warto przeczytać jego wynurzenia), pojawia się taka szokująca anegdotka: 

" Niedawno kilku psychiatrów wysłało do mnie oficjalny list, ażebym przestał obrażać ich zawód, nazywając naszego ministra obrony narodowej – psychiatrą, ponieważ pan Klich nie ukończył tej specjalizacji. A ponadto lekarze uważają że, ma on „syndrom wesołej kukiełki” – jest podobno taka jednostka chorobowa. Mam to na piśmie i nie boję się procesu. "

W piątek "wesoła kukiełka" Klich broniąc się przed odwołaniem powiedziała: "Za moich rządów w MON wydatnie zmniejszyła się liczba generałów". Kolega napisał z tej okazji, że w CASIE i Smoleńsku zginęło ich więcej niż w drugiej wojnie światowej. 


Ponieważ, tak jak J.T. Gross, mam ambicje bycia historykiem postanowiłem sprawdzić tą śmiałą tezę. Miałem pewien problem z metodologią - czy do generalskiej i admiralskiej braci zaliczać awansowanych pośmiertnie pułkowników i komandorów? Wszak w 2007 r. ś.p. prezydent Lech Kaczyński pośmiertnie awansował na stopnie generalskie i admiralskie 78 oficerów zamordowanych w Katyniu, Charkowie i Miednoje? Czy wpisywać do statystyk generałów zmarłych w niewoli? Czy traktować jako ofiary wojny ludzi zabitych po 2 IX 1945 r.? Np. gen. Okulickiego? Jak traktować śmierć gen. Sikorskiego? Wobec tego zdecydowałem się na podzielenie statystyk na poszczególne kategorie. Dla uproszczenia nazywam też admirałów generałami. Osoby awansowane pośmiertnie umieszczam w nawiasach [...]. Uwzględniam awanse dokonane przez władze RP na uchodźstwie. Uwzględniam tylko, tych którzy odeszli na Wieczną Wartę między 1 IX 1939 r. a 8 V 1945 r. Oto generałowie, którymi jesteśmy winni wieczną pamięć:

Rządy Tuska i Klicha:

11: Gągor, Błasik, Buk, Kwiatkowski, Potasiński, Karweta, Gilarski, Nałęcz-Komornicki, bp. Płoski, bp. Chodakowski, Andrzejewski

[ 4: bp. Pilch, dr. Lubiński, Maciąg, Piłat]

Kampania Wrześniowa:

7: Bołtuć, Grzmot-Skotnicki, Wład, Kustroń, Rawicz-Dziewulski, Olszyna-Wilczyński, Henning-Michaelis

[1: Dąbek]

Zmarli w niewoli niemieckiej:

4: Alter, Kleeberg, Młot-Fijałkowski, Zulauf

Konspiracja:

1: Bułak-Bałachowicz

Niemieckie obozy koncentracyjne:

3: Grot-Rowecki, Roja, Ryś-Trojanowski

[1: Karcz]

Katyń, Charków, Miednoje:

12: Bilewicz, Bohatyrewicz, Czernicki, Haller, Kowalewski, Minkiewicz, Orlik-Łukoski, Plisowski, Sikorski, Skierski, Skuratowicz, Smorawiński

[79: Drucki-Lubecki i 78 oficerów awansowanych w 2007 r.]

Więzienia NKWD:

5: Jędrzejewski, Prich, Kossecki, Bogucki, Zaruski

Zginęli w tajemniczych okolicznościach:

5: Marsz. Śmigły-Rydz, Sikorski, Klimecki, Nakoniecznikoff-Klukowski, Maciejowski

Cześć ich pamięci! Polegli na polu chwały!

[*] [*] [*]



Podsumowując: Klichowi jeszcze daleko do wyniku osiągniętego przez NKWD, ale i tak za jego rządów zginęło więcej polskich generałów niż w Kampanii Wrześniowej i w niemieckich kacetach. Dodajmy do tego dwóch prezydentów - tutaj Klich wspólnie z szefem BOR, kierowcą TW "Bolka" awansowanym na generała Marianem Janickim pobił wynik Eligiusza Niewiadomskiego. ("W tej Polsce to się źle dzieje, skoro nie potrafiliście uchronić swojego prezydenta" - słowa jednego z rosyjskich prokuratorów). To sytuacja zupełnie bez precedensu w polskiej historii.  Mimo to, Bogdan "wesoła kukiełka" Klich nadal się głupio uśmiecha i kurczowo trzyma stołka twierdząc, że jest świetnym ministrem. Nic dziwnego, że psychiatrzy podważają jego zdrowie psychiczne...


Powyżej: Czy tak będzie wyglądał Bogdan Klich za pół roku?
sobota, 22 stycznia 2011
Smoleńsk - kompendium
1. Smoleńsk Siewiernyj nie był zwykłym, zaniedbanym, rozpadającym się lotniskiem wojskowym na rosyjskiej prowincji. Jak wykazuje Witold Gadowski, był ważnym punktem na mapie światowego, nielegalnego handlu bronią. Stamtąd szły transporty lotnicze w ramach "białoruskiego powiązania" organizowane przez szefa rosyjskich siłowików, wicepremiera Igora Sieczina i jego wspólnika Wiktora Buta. Smoleńsk Siewiernyj był z tego powodu pod stałą obserwacją amerykańskich satelit szpiegoskich. Zdjęcia satelitarne z dnia katastrofy są w NRO. I jeśli w Smoleńsku doszło do zwykłego wypadku, to administracja Obamy, w ramach resetu z Rosją mogłaby je ujawnic. No chyba, że ktoś w Waszyngtonie uważa, że Rosję można nimi szantażowac...

Bonus: Jak polski wywiad zdobył nagrania z "Korsarza"

Amerykanie podsłuchali rozmowę prezydenta?

2. Ił-76, rzekomo wiozący limuzyny (które według relacji Grzegorza Wierzchowskiego z kancelarii prezydenta już były na miejscu), był samolotem ściągniętym specjalnie z gwardyjskiego pułku z Taganrogu na głębokim południu Rosji. Ten pułk wykonywał w czasie Zimnej Wojny tajne zadania w Wietnamie i w Arktyce. Według stenogramów MAK Ił-76 odlatując do Tweru melduje drogą radiową: zrzut zakończony. Zrzut czego? Przecież nie limuzyn, raczej nie paliwa...

3. MAK zapisywał w stengromach, co innego niż było w nagraniach. Z sufitu wziął np. frazę "Wkurzy się". 3 s. zdanie o automatyzacji skrzydła czyta kpt. Ziętek, a nie gen. Błasik. Nie ma więc ŻADNEGO DOWODU na obecnośc gen. Błasika w kokpicie. Po co takie manipulacje, skoro to był zwykły wypadek?

4. Ruscy tłumaczą się teraz, że źle im działał radar na Siewiernym, bo zakłócał jego działanie grzejnik. Pseudoprofesor Kuźniar mówi, że kontrolerzy z "Korsarza" mieli więcej wyobraźni od załogi Tupolewa. Ja sądzę, jednak, że Ryżenko i Krasnokucki byli największymi wałami w rosyjskiej armii. Powinni ponieśc odpowiedzialną karną za to co zrobili. Inna sprawa, kto tych wałów wysunął na tak ważny odcinek...

Bonus: dobra relacja, kto i co robił na "Korsarzu"

5. Od konferencji Komisji Millera media zastanawiają się, czemu mimo komendy "Odchodzimy" wydanej na 100 m przez mjra Protasiuka, samolot schodził nadal - i to z prędkością trzech pięter bloku na sekundę. Jedyną w pełni logiczną hipotezą jest niesterownośc samolotu - za taką hipotezą od kilku miesięcy obstają eksperci. Np. kpt. Więckowski czy zespół ppłka Augustynowicza. Doszło do awarii steru wysokości, który szwankował już w styczniu na Haiti (od grudnia 2009 r., powrotu z Samary, z zakładów Olega Deripaski, doszło do 11 awarii Tupolewa). Przypominam analizę ppłka dra Augustynowicza. Jest nadal aktualna. Pozostaje jednak pytanie: co spowodowało awarię steru wysokości? Czemu Tupolew był tak awaryjny?

Bonus: Kłopotliwy rewers silnika

Nikołaj Wasylenka: Przeraża mnie, to co zrobiono w Samarze

Michaił Makarow o katastrofach Tupolewów, MAK i Deripasce

TU-154, FSB i pranie brudnych pieniędzy

Spółki specjalnego zaufania

6. Według zeznań świadków TU-154M próbował się poderwac używając pełnej mocy silników. Nad szosą w pobliżu Siewiernego zaczął się wznosic (mimo, że wcześniej ściął brzozę). Przypomnę zeznania jednego ze świadków:

Anatolij Żujew jest z zawodu dozorcą. Około 10.35–10.40 przyszedł do swojego garażu przy lotnisku Siewiernyj. Po 5–10 minutach usłyszał szum silników samolotu. Ponieważ zalegała gęsta mgła, nie widział maszyny. Nagle – jak zeznał – ryknęły silniki i w odległości 150 m Żujew zobaczył sylwetkę samolotu. Leciał na wysokości 10 m, ale próbował wzbijać się, bo był nachylony do góry pod kątem 40 stopni do horyzontu. – Po tym, jak samolot wyłonił się na chwilę z mgły, to był to moment, kiedy zaryczały silniki, powstał silny oślepiający błysk. Po tym błysku obserwowałem samolot przez 1–2 sekundy, próbował nabrać wysokości – zeznał Żujew.

Silny, oślepiający błysk

7. Wasilij Wasilenko, rosyjski pilot oraz inżynier sugeruje:

"Broń, którą tworzyliśmy, nie miała być bombą - nad takimi pracowali np. Amerykanie, a w Związku Sowieckim znacznie silniejsze bomby były już testowane - ale czymś groźniejszym, rakietą. Potem była ona dalej rozwijana. W latach 80. wprowadzono głowice termobaryczne do rakietowych miotaczy ognia Ryś i Trzmiel używanych przez piechotę, do tego doszły znacznie mocniejsze ładunki dla SpecNaz i OsNaz, eksperymentalne głowice do rakiet Kub i Wega, do strącania samolotów bronią termobaryczną i ładunki ręczne w formie nowych głowic do rakiet Strzała. Były próby odpalania broni termobarycznej z myśliwców MiG-31 przeciw bombowcom strategicznym i samolotom rozpoznawczym wroga.

(...)

Jeśli na radar, to należy spodziewać się uszkodzeń w przedniej i środkowej części samolotu, przy założeniu, że pocisk wybuchł, powiedzmy, 15 m nad celem, i przy tym założeniu dokonać zwykłych, wizualnych oględzin wraku. W tym wypadku niestety kompletnie bezużyteczna byłaby analiza ciał, ponieważ trudno będzie odróżnić obrażenia pochodzące od ogromnych przeciążeń, a od takich się najczęściej ginie w katastrofach, od obrażeń powstałych w wyniku działań broni wolumetrycznej. Były u nas przeprowadzone analizy na psach, tzw. kukłach, jak to roboczo nazywali w wydziale, który przeprowadzał te próby. Pies poddany działaniu broni wolumetrycznej jest z pozoru nieuszkodzony, wygląda, jakby spał, ale gdy się go dotknie, czuć, że zamiast narządów wewnętrznych ma papkę. Można by się spodziewać, że taki pies będzie miał obrażenia takie, jak po pobycie w komorze niskiego ciśnienia bliskiego próżni. A jednak obrażenia były inne, takie jak przy przeciążeniach, rzędu ponad 100 g czy nawet 500 g.

(...)

W odległości 2 tys. m powiodła się próba trafienia w cel symulowany o prędkości około 300 km/h. Pocisk wybuchł 1,5 m nad celem symulowanym i trochę przed nim, tak że cel wykonał kilka obrotów wokół własnej osi i spadł pionowo niemalże w dół. (...) Wszędzie mnóstwo małych, zielonych porozrywanych części, bo ten samolot był właśnie zielony, po to, by na tle ziemi nie widziały go amerykańskie satelity. Szczątków było wiele. Zbierali je żołnierze z zabezpieczenia, ale to ja osobiście znalazłem statecznik, skrzydła także były w kilku dużych kawałkach. Potem dokonaliśmy modyfikacji ładunku zapalającego i zamówiliśmy nowy silnik marszowy. Nowa rakieta była testowana w strzelaniach do bardzo nowoczesnych tupolewów: Tu-141 i Tu-123

(...)

Należy spytać świadków, czy czuli zapach nafty i czy tylko w tej części samolotu, która była zniszczona, samoloty nie wykazują tendencji do zapalania się w wyniku tej broni, w przeciwieństwie do czołgów. Coś, co może być charakterystyczne, to niewielkie zniszczenia ciał i to, że ciała mogły być nagie, podciśnienie zrywa ubrania, ale słabo je uszkadza. Poza tym drobiazgowa analiza wraku. I mówię szczerze, że badania sekcyjne nie wykażą nic, bo lekarz przygotowany na to, że zobaczy ofiarę katastrofy, dostrzeże uszkodzenia narządów wewnętrznych charakterystyczne dla przeciążeń i nie będzie się zastanawiał, czy były tak duże, czy nie.

niedziela, 16 stycznia 2011
Honor generała

Powyżej: kopia szabli gen. Sikorskiego należąca do gen. Błasika

Niektórzy zarzucają mi, że w sprawie Smoleńska zbyt dużo cytuje "NDz" i "GP", więc teraz dla odmiany zacytuję arcypoprawną "GW". Donosi ona bowiem, że według polskich uwag do raportu MAK mjr. Protasiuk na wyskości 100 m nakazał przerwac podejście do lądowania rzucając słowo: "Odchodzimy". Później na 80 m to samo powtórzył nawigator, mimo to załodze nie udało się przerwac podejścia a samolot nadal zmierzał w dół. Słowa mjra Protasiuka burzące wersję o łamaniu procedur oraz o lądowaniu za wszelką cenę zostały odczytane przez polskich specjalistów od fonoskopii. Pominął je MAK. 

Sypie się też teza o naciskach. Przeczy jej bowiem... sam raport MAK. Czytamy w nim:  "Nieuczestniczenie dowódcy SP Rzeczypospolitej Polskiej w rozwiązaniu powstałej skrajnie niebezpiecznej sytuacji wpłynęło na podjęcie decyzji przez dowódcę statku powietrznego o zniżeniu poniżej wysokości podjęcia decyzji bez nawiązania kontaktu z obiektami naziemnymi".

Podreślam słowo NIEUCZESTNICZENIE. Skoro gen. Błasik nie uczestniczył w procesie decyzyjnym w kokpicie, to jak miał naciskac na pilotów? Co więcej, MAK robi gen. Błasikowi zarzut, że nie pouczał załogi jak należy kierowac Tupolewem...

Sama obecnośc gen. Błasika w kokpicie jest również mocno wątpliwa - według raportu MAK, jego ciało znaleziono przecież w głębi samolotu a nie w kokpicie. Potwierdzona jego obecnośc w kabinie pilotów trwała jedynie 3 sekundy! W tym czasie ponoc czytał kartę pokładową - co jest moim zdaniem działaniem nieco bez sensu. Jak wchodzi do kokpitu nie mówi "Nie przeszkadzajcie sobie Panowie", załoga się z nim nie wita, tak jakoś ani be, ani me, ani kukuryku... Możliwe więc, że głos gen. Błasika został błędnie zidentyfikowany lub... doklejony (np. z nagrań jakiegoś szkolenia). 

Zwrócmy jednak uwagę na następującą rzecz: kłamliwa teza o lądowaniu za wszelką cenę, pod naciskiem przełożonych była kolportowana przez Rosjan już w pierwszych godzinach po katastrofie. Tymczasem, gdy zmarł prezydent Jelcyn - rosyjskie media milczały cały dzień, za nim o tym doniosły. Po prostu nie mieli wówczas instrukcji jak to komentowac. A 10 kwietnia - szok absolutny, polski prezydent ginie koło Katynia - i jakoś instrukcję mieli. 

Ruskich może jednak zgubic arogancja. MAK mógł przecież odpuścic sobie insynuacje o pijanym polskim generale, mógł obarczyc współodpowiedzialnością Plusnina, czy inną marionetkę, ale kazano mu iśc na całośc. Ale cóż, napluli w twarz Tuskowi, a on się do nich uśmiecha i wraca w Dolomity. Olewając śmierc swoich przyjaciół Arama Rybickiego i Sebastiana Karpiniuka.
piątek, 14 stycznia 2011
Konserwatyzm.prl - totalne dno, syf, sodomia, zaraza

Raport MAK, a szczególnie insynuacje na temat "pijaństwa" gen. Błasika wywołały w świadomej części narodu zrozumiałe oburzenie. Niestety, znalazło się dwóch politycznych meneli oklaskujących sowieckie bzdety o pijanym natowskim generale furiacie, który zmusił pilotów do rozbicia Tupolewa. Jednym z nich jest jak się można było spodziewać gostek ze sztucznym penisem, świńskim ryjem i pedalską fryzurą z Biłgoraju, innym monarchistyczno-jaruzelska parówa Adam Wielomski. Pisze on na swoim gejowskim portalu:

"I zapewne nie podjęliby próby lądowania w takich warunkach, gdyby w kokpicie nie pojawił się szef polskiego lotnictwa. W dodatku z 0,6 promila alkoholu we krwi. Innymi słowy: pijany. Zabrakło im odwagi odmówić swojemu zwierzchnikowi. Dlaczego? A bo myśleli o awansie, premiach itd. (...) Prowadzenie samochodu z 0,5 promila alkoholu we krwi jest w Polsce przestępstwem. Obrona kogoś kto de facto dowodził samolotem, a miał 0,6% promila, miałoby zwać się od wczoraj „polskim patriotyzmem”? Jeśli tak ma wyglądać „polski patriotyzm”, to mnie proszę do tego zbioru ludzi nie zaliczać."

Nikt towarzysza, towarzyszu Wielomski nigdy nie będzie do polskich patriotów zaliczać. To Wam gwarantuje. Dla rozluźnienia atmosfery wklejam poniżej znalezione na Facebooku obrazki o tow. Wielomskim.





Tymczasem inny mój Adwersarz - Robert Larkowski, o którym pisałem już wcześniej (i którego poziom doskonale oddają komentarze zamieszczone pod tym wpisem) stworzył nową doktrynę religijną - ariokatolicyzm. Jego zasady wyłuszcza w tym tekście na konserwatyzmie.prl. Tekst jak zwykle kwaśny, ale warto go przeczytać, choćby dla takiego fragmentu:

"Niech każdy wyznaje sobie, co chce. Jeżeli wierzy, iż Trójca Przenajświętsza i Najświętsza Maryja Panna, to Żydzi - jego sprawa. Ciekawe, jak będzie egzystował ze świadomością, że Bóg-Ojciec jest Żydem, bo skoro Chrystus(według judeochrześcijan) nim był, a także Jego niepokalana Rodzicielka, to trzeba brnąć dalej konsekwentnie w paranoję i obarczyć narodowo-rasową żydowskością Najwyższego Stwórcę."

No cóż, Larkowski możecie sobie wierzyć, że Jezus był rosyjskim ariokatolikiem, ale co z Apostołami? To przecież 100 proc. Żydy były :)

Ale czego się spodziewać po gostku, który dorabia jako PiszMów Dobowy...






środa, 12 stycznia 2011
Figa z MAKiem Anodiny i Towarzysz Generał

Główne założenia raportu MAK nie powinny nikogo zaskoczyc. Od samego początku było wiadomo, że komitet gen. Anodiny oskarży o wszystko nieżyjących, czyli ludzi, którzy nie mogą się bronic. Taka już bowiem natura tej sowiecko-mafijnej instytytucji: zawsze wykazuje ona błąd pilota, w powszechnej opinii uchodzi też za totalnie skorumpowaną bandę, wbrew rosyjskiemu prawu uzurpującą sobie rolę quasiministerstwa lotnictwa. Ale cóż, gen. Andodina zadowalała przecież gen. Primakowa, by zdobyc sobie taką pozycję. To zobowiązuje. Zainteresowanym tematem MAK polecam:

artykuł "Caryca rosyjskiej awiacji" z "Gazety Polskiej"

oraz odcinek Superwizjera TVN poświęcony tej mafijnej instytucji.

Dwie rzeczy mnie jednak zaszokowały podczas konferencji MAK. Pierwszą jest ustalenie, że wysokościomierz w Tupolewie mylił się aż o 180 m. DLACZEGO? W TVN 24, lamer, który napisał badziewną książkę "Ostatni Lot. Spojrzenie z Polski" twierdził, że piloci przypadkowo go tak przestawili w ostatniej chwili próbując wyłączyc sygnał TAWS. Jak dziennikarka TVN spytała się go czy te przełączniki są obok siebie, lamer odpowiedział: "Nie wiem". :)

Druga szokująca sprawa to oczywiście ustalenia o tym, że gen. Błasik miał we krwi 0,6 promila alkoholu. Jak oni to ustalili biorąc pod uwagę, że sekcje zwłok ofiar katastrofy smoleńskiej zostały ewidentnie spieprzone? We wszystkich protokołach z sekcji wpisano mechanicznie "przyczyna śmierci: obrażenia wielonarządowe". Mylono tkankę miękką z włosami (sic!). Gubiono materiał: np. próbkę ciała prezydenta (więcej o szokujących błędach sowieckich patologów w tym artykule). Beata Gosiewska twierdzi np. że w dokumentacji dotyczącej zwłok jej męża pomylono wagę ciała o 20 kg i wpisano do karty choroby, których Przemysław Gosiewski nigdy nie przechodził. Biorąc pod uwagę wszystkie te historię, po prostu nie wierzę w to, że przeprowadzono rzetelną sekcję zwłok gen. Błasika, zwłaszcza, że nie ma dokumentacji tej sekcji. MAKowi zdarzało się w przeszłości pisac bzdety o pijanych pilotach, którzy rozbijali samoloty, ale później okazywało się, że te alkoholowe historie były po prostu brudnymi, sowieckimi insynuacjami MAK. 

Ciało gen. Błasika wróciło do Polski 23 kwietnia, w ostatniej grupie zwłok. Te ciała były ponoc najbardziej zmasakrowane i najtrudniej je było zidentyfikowac. Proces identyfikacji trwał długo i w tym czasie w organizmie, mógł zdaniem ekspertów powstac alkohol endogenny. Wyniki późnej sekcji nie były więc miarodajne.

Ale zmieńmy wątek, bo płk Edmund Klich powiedział coś niezwykle ciekawego. Wiem, wiem on lubi chlapac jęzorem bez namysłu i to w ogóle tragikomiczna postac, ale czasem warto go wysłuchac. Albowiem mówiąc o sytuacji na wieży Siewiernego, naciskach na kontrolerach itp.: 

Edmund Klich zwraca uwagę na nieuzwględnioną przez MAK komendę, która padła z wieży: „Towarzyszu generale, podchodzić. Wszystko wyłączone”. – Z tych słów wynika, że jakiś generał brał udział w tych rozmowach i procesie podejmowania decyzji – mówi Wirtualnej Polsce pułkownik.

Pytanie: kim był Towarzysz Generał? I co zostało wyłączone? I dlaczego Towarzysz Generał mógł podchodzic dopiero, gdy wszystko zostało wyłączone?
niedziela, 26 grudnia 2010
Smoleńsk: Tajemniczy oficer oraz nielegał Turowski

Powyżej: Świetny kawałek DePress, będący zwiastunem do filmu dokumentalnego "Mgła"

Na początek polecam wywiad z Janem Tomaszewskim, krewnym prezydenta Kaczyńskiego, świadkiem zdarzeń na lotnisku Siewiernyj wieczorem 10 kwietnia. Opisuje on jak wyglądał wyjazd Jarosława Kaczyńskiego i części rodzin do Smoleńska tego dnia - celowe opóźnianie dojazdu, brama lotniska zamknięta aż do zmroku, dziwne przeszukania w samolocie oraz taki incydent: 

"Co bardzo mnie tam na miejscu zastanowiło, to sytuacja, że w pewnym momencie, gdy poszedłem do autobusu - chyba po płaszcz, nagle do stojących nieopodal naszych ochroniarzy podbiegł ktoś w polskim mundurze i bardzo przejęty pytał ich o samolot, którym mieliśmy odlecieć do Polski. Ochroniarze odpowiedzieli, że jest w powietrzu, bo wówczas leciał po nas do Smoleńska. Wtedy ten człowiek powiedział, żeby pilot natychmiast kontaktował się z ziemią i żeby przez cały czas był na linii z tymi ochroniarzami, bo jak powiedział: "Jezus Maria, będzie druga tragedia", i mówił jeszcze coś o tym, że "ten samolot też chcą zestrzelić". Dokładnie tych słów może już nie pamiętam, bo to było ponad osiem miesięcy temu, a ja też byłem wówczas w szoku. Ale taki był ich sens.Ten wojskowy powiedział to przy Panu? - Nie, oni mnie nie widzieli, bo ja znajdowałem się w ciemnym autobusie. Słyszałem to jednak przez otwarte drzwi. Jak na te słowa zareagowali ci ochroniarze? - Zapanowała wśród nich konsternacja i zaczęli się między sobą naradzać. Dalszej wymiany zdań jednak już nie usłyszałem. "

Pozostawiam ten fragment bez komentarza. Zwracam zaś uwagę na wątki pokazujące, że Rosjanom z jakiegoś powodu bardzo zależało, by nie robic na miejscu katastrofy zdjęc za dnia. Z innych relacji wiemy, że OMON-owcy konfiskowali wtedy ludziom karty pamięci z aparatów, grozili robiącym fotki aresztowaniem itp. Coś takiego wydarzyło się również Sławomirowi Wiśniewskiemu, z tymże tam z OMON-owcami w tuszowaniu współpracował Polak: 

"Tajemniczy Polak namawiał rosyjskich funkcjonariuszy do aresztowania i zniszczenia sprzętu autora pierwszego filmu z miejsca katastrofy smoleńskiej – wynika z akt śledztwa Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie, do których dotarł portal Rebelya.pl. Po tym, jak „Wprost” ujawnił, że jest w posiadaniu 57 tomów akt, możemy ujawnić, że mamy 60 tomów akt z tego śledztwa. 

Chcę zeznać, że gdy funkcjonariusze próbowali mi wyrwać torbę z kamerą, którą schowałem do środka, w grupie rosyjskich funkcjonariuszy był przynajmniej jeden Polak. Ci co mnie zatrzymali zapytali się czy mnie zna. On odpowiedział po polsku, ja nie znam tego człowieka, a następnie po rosyjsku powiedział, żeby mnie aresztować i zniszczyć sprzęt” - mówił autor pierwszego filmu z miejsca katastrofy, montażysta TVP, Sławomir Wiśniewski w czasie przesłuchania w prokuraturze wojskowej w Warszawie.

Wiśniewski dodał: „Ja kojarzę z twarzy tego człowieka, wydaje mi się, że jest to jakiś pracownik ambasady albo konsulatu polskiego. Rozpoznałbym go, był wysoki, szczupły, krótko obcięty szatyn, w długim beżowym płaszczu. Miał na pewno więcej niż 50 lat. Jestem przekonany, że był to Polak, mówił po polsku bez akcentu, twardo, bez zmiękczenia”. 

Na lotnisku Siewiernyj przebywało wówczas kilku Polaków - dyplomatów oraz pracowników pomocniczych ambasady (licząc łącznie z BOR-owcem będącym kierowcą ambasadora). Zdaniem niektórych obserwatorów, do opisu przedstawionego przez Wiśniewskiego pasuje najbardziej Tomasz Turowski, ambasador tytularny (to nazwa stopnia dyplomatycznego, nie należy jej mylic z nazwą kierownika placówki dyplomatycznej) w Moskwie. 

Tak się akurat dziwnie składa, że Turowski był w latach '90-tych rozpracowywany przez UOP pod kontem jego kontaktów z płkiem Grigorijem Jakimiszynem, oficerem prowadzącym "Olina". Wcześniej, w latach '70-tych i '80-tych Turowski był niebezpiecznym nielegałem SB pracującym w Watykanie. Rozpracowywał tam oprócz Kościoła, również polską emigrację i krajową opozycję. Szkodził m.in. Januszowi Krupskiemu, który (co za paradoks) zginął w Smoleńsku. Po odejściu z seminarium Turowski próbował poślubic córkę byłego francuskiego premiera, ale służby Republiki się nim zainteresowały i zrezygnował. 

W III RP stał się dyplomatą rzuconym na kierunek wschodni, a przez kilka lat nawet ambasadorem w Hawanie. W 2001 r. ówczesny minister Władysław "Hyyyy...." Bartoszewski, tak zachwalał jego kandydaturę na to stanowisko: 

"Mieliśmy tradycyjnie znakomite stosunki z Kubą. Obecnie nie są one aż tak dobre. Trzeba jednak zauważyć, że prezydent Putin okazał zainteresowanie Kubą, zanim okazał zainteresowanie wieloma innymi krajami. Dla nas także coś znaczy (...) Kandydat ma doświadczenie jeśli chodzi o proces transformacji na terenie postradzieckim. Był wysoko oceniany przez naszych partnerów rosyjskich, o czy wiem drogą nieoficjalną. Jest to nienajgorsza referencja dla Polaka udającego się na Kubę".

Słowa kuriozalne, ale cóż, starzy ludzie często pieprzą trzy po trzy... Ale wracając do TW "Orsoma": przestał pracowac w MSZ w 2007 r., ponoc w związku z nową ustawą lustracyjną. I nagle wrócił do MSZ 14 lutego 2010 r. i od razu został skierowany do Moskwy, by przygotowywac katyńskie wizyty Tuska i Kaczyńskiego. Jak je przygotował to już inna sprawa, ale później jeden z urzędników MSZ zeznał później w prokuraturze, że 10 kwietnia:

"O ile dobrze pamiętam ambasador Turowski około godz. 12:00 przekazał mi, że otrzymał informację od funkcjonariusza FSO, że trzy osoby przeżyły i w ciężkim stanie zostały przewiezione do szpitala. Ja spytałem o to Pawła Kozłowa, który stwierdził, że nic o tym nie wie, ale polecił sprawdzić wszystkie szpitale. Informacja ta się nie potwierdziła"

Jeśli więc narzekacie na "teorie spiskowe" o rannych ze Smoleńska - do kierujcie pretensje do Turowskiego. Może by coś wyjaśnił. Podobnie jak ten incydent z Wiśniewskim. 

Skoro bowiem w Smoleńsku doszło do zwykłego wypadku, nie było zamachu ani awarii, to skąd to całe tuszowanie? Czemu polski dyplomata wzywał OMON-owców, by aresztowali Wiśniewskiego i bezprawnie zniszczyli mu sprzęt? Czemu rozsyłał dezinformacje o rannych? Jeśli jednak był zamach, to można się spodziewac, że ewentualni rosyjscy zamachowcy (tuszując sprawę sami kierują na siebie podejrzenia...) mogli miec polskich wspólników. To jak najbardziej logiczne, zważywszy na to, że Rosja od XVIII w. ma u nas bardzo wielu "przyjaciół".

czwartek, 16 grudnia 2010
Iłłalrionow o rosyjskiej polityce zabójstw i wojnie w Gruzji




Andriej Iłłarionow to były doradca ekonomiczny Władimira Putina, przestał z nim współpracować, gdyż widział na własne oczy mafijne i autorytarne działania obecnego rosyjskiego premiera. Obecnie współpracuje z parlamentarnym zespołem Macierewicza ds. katastrofy smoleńskiej. Oto co ma do powiedzenia w sprawie postawy Zachodu wobec Rosji:

"Na szczycie NATO w Bukareszcie w kwietniu 2008 r. Niemcy sprzeciwiły się zaproszeniu Ukrainy i Gruzji do MAP, programu przygotowującego do członkostwa w NATO, co dało Rosji sposobność, aby użyć wszystkich środków dla uznania niezależności Abchazji i Osetii Południowej, należących zgodnie z prawem do Gruzji. Kilka tygodni wcześniej na zamkniętym posiedzeniu Dumy Państwowej został przedstawiony raport ministerstwa spraw zagranicznych i wywiadu na ten temat. Wynikało z niego, że uznanie Abchazji i Osetii Południowej do końca roku możliwe będzie tylko wtedy, jeżeli zajdzie jedna z następujących okoliczności: pierwsza to wstąpienie Gruzji do NATO, a druga to wojna. Skoro zatem kwestia przynależności Gruzji do NATO, a nawet do MAP oddaliła się, pozostało tylko jedno rozwiązanie - wojna. Odtąd rosyjskie władze skupiły się na tym, aby wybuchła wojna, zanim nastanie zima i kaukaskie przełęcze staną się niedostępne. Było jasne, jakie jest "okno czasowe" dla przeprowadzenia operacji wojskowej. I została ona przeprowadzona. Takie jest moje porównanie pomiędzy Monachium a Bukaresztem. Czy zachodni przywódcy wiedzieli, co robią? Nie wiem. Wtedy Daladier i Chamberlain również nie zdawali sobie sprawy ze straszliwych konsekwencji przyjęcia warunków Hitlera. Teraz także liderzy Europy Zachodniej i USA, a szczególnie Niemcy, mogą tłumaczyć, że nie wiedzieli, do czego doprowadzą ich decyzje podjęte w Bukareszcie. To nie ma żadnego znaczenia. Kilka dni później prezydent Bush był w Soczi na zaproszenie Putina. Na przyjęciu ze wspaniałym jedzeniem, po występie zespołu kozaków i tańcu pięknych dziewczyn, kiedy Bush był odprężony w promieniach czarnomorskiego słońca, na tle wspaniałego krajobrazu Putin powiedział otwarcie: "Będzie wojna". Nie wiem, czy amerykański prezydent to zrozumiał, czy nie, to nie ma znaczenia. Jego odpowiedzią było milczenie. A w języku dyplomacji milczenie oznacza zgodę. To samo zostało powtórzone przez szefa sztabu rosyjskiej armii kilka tygodni później w kwaterze NATO w Brukseli. Na obiedzie, gdy wszyscy byli weseli i żartowali sobie, generał Jurij Bałujewski powiedział: "Cha, cha, będzie wojna latem". Wtedy wszyscy myśleli, że to żart, i nikt nic nie powiedział. A milczenie w języku dyplomacji oznacza zgodę. I wojna się zaczęła. To wszystko... Rosja otrzymała bardzo jasny sygnał, że Zachód nie zrobi niczego, aby zatrzymać wojnę. I to przesądziło o jej wybuchu.

Putin wkrótce widział się z Bushem znowu, już po rozpoczęciu konfliktu gruzińskiego.
- Tak, to było 10 sierpnia podczas ceremonii otwarcia igrzysk olimpijskich w Pekinie. Wtedy wojna już się rozpoczęła. Wojska rosyjskie przekroczyły uznawaną przez międzynarodową społeczność granicę z Gruzją i rozpoczęły ostrzał jej terytorium. Putin podszedł do Busha i powiedział prawie otwarcie, że Rosja nie zatrzyma swoich sił. Po prostu przyznał, że jego kraj jest zaangażowany w agresywną operację wojskową przeciw innemu niepodległemu państwu. Jaka była odpowiedź Busha? Powiedział coś bardzo dziwnego: "Nikt nie chce wojny". Jak to osobliwe zdanie mogło zostać zinterpretowane? Tylko w jeden sposób: nie będzie oporu, nie będzie żadnych poważnych problemów na drodze kontynuacji tej operacji wojskowej. To jeszcze jeden, ostatni przykład, kiedy to, świadomie lub nie, zrezygnowano z podjęcia środków dyplomatycznych, jakie można było i powinno się podjąć dla zatrzymania tej wojny. Ci, którzy rozpoczęli tę wojnę, wysłali wojska, aby zaatakować sąsiednie państwo (nie ma wątpliwości, że to Rosja była agresorem) - tylko na to czekali. Zapamiętajmy jednak nie tylko tych, którzy w 2008 r., tak jak w 1938 r., wysyłali wojska, ale również tych, którzy mogli je powstrzymać, a tego nie zrobili.

Kluczowe pytanie: dlaczego?
- Może być wiele teorii na ten temat. Sądzę, że odpowiedź na pana pytanie zawiera się w tym, o czym mówiliśmy wcześniej. Zaszło totalne nieporozumienie co do tego, z kim Zachód ma do czynienia. Naturalne podejście każdego z nas jest takie, że traktujemy innych ludzi jako takich jak my sami. Oceniamy ich decyzje, zachowanie, sposób bycia według tego, jak sami przyjmujemy takie postawy. A to pomyłka. Ludzie są różni. A liderzy Zachodu nie rozumieją, że zachowanie, sposób bycia, zasady i wartości ludzi "z tamtej strony" są inne."

A to Iłłarionow mówi w kontekście Smoleńska:

"To pewna demonstracja. Niemal jawnie odbywa się niszczenie dowodów, w tym wraku samolotu, produkowanie fałszywych dowodów, ukrywanie nagrań, fałszywe teorie w sprawie przebiegu lądowania, elementów technicznych, pracy kontrolerów lotu, warunków pogodowych, roli innych samolotów itd. Nie wiem, co myślą o tym światowi przywódcy, ale wystarczy popatrzeć na polski rząd. Niemal natychmiast po katastrofie doszło do zbliżenia polityków polskich i rosyjskich. Niezależnie od tego, czy ktoś to zaplanował, wygląda na to, że rządzący obecnie Polską są bardzo szczęśliwi z powodu tego, co się stało. I z powodu tego zbliżenia z Rosją. Pojawia się zatem pytanie. Czy żeby mieć dobre relacje z Rosją, potrzebna jest śmierć całej grupy przywódców, choćby w katastrofie lotniczej? To przesłanie, ta lekcja, nawet jeśli nie jest przedmiotem publicznej dyskusji, to jest bacznie obserwowana i brana pod uwagę przez wielu światowych liderów, szczególnie z tej części Europy. Może nie dotyczy to Baracka Obamy, którego bezpieczeństwo jest przedmiotem troski na nadzwyczajnym i zupełnie wyjątkowym poziomie, ale w państwach bałtyckich, w Polsce, Europie Środkowej, na południowym Kaukazie każdy polityk wiele razy pomyśli, jak się powinien zachować, aby mieć dobre relacje z nieprzewidywalnym sąsiadem. Nawet jeżeli żaden z nich nie będzie wierzył, że rząd Rosji ma coś wspólnego z katastrofą, a przynajmniej nie przyzna tego publicznie, to na pewno pomyśli sobie, że jeżeli te relacje się pogorszą, to nikt nie wie, co się może stać.

Znamy przypadki wielu tajemniczych zgonów w samej Rosji...
- Jest bardzo długa lista polityków rosyjskich, którzy myśleli o ubieganiu się o najwyższy urząd w państwie, a skończyli bardzo źle. Galina Starowojtowa, jedna z prominentnych działaczek opozycji demokratycznej, była brana pod uwagę jako kandydatka na urząd prezydenta. Została zastrzelona w listopadzie 1998 roku. Siergiej Juszenkow, polityk liberalno-demokratyczny, został zastrzelony w kwietniu 2003 roku. Aleksandr Lebiedź, popularny generał, kandydat na prezydenta, który w 1996 roku otrzymał prawie 15 proc. głosów, zginął w katastrofie śmigłowca w kwietniu 2002 roku. Inny generał, Lieb Rochlin, podobno został zastrzelony przez żonę w lipcu 1998 roku. Generał Giennadij Troszew, będący bardzo daleko od demokratycznego i liberalnego obozu, ale popularny wśród żołnierzy na północnym Kaukazie. Miał spór z ministrem obrony. Zginął w katastrofie lotniczej we wrześniu 2008 roku. Doliczmy do tego Wiktora Juszczenkę z sąsiedniej Ukrainy, który został otruty i tylko cudem przeżył.




A Wjaczesław Czornowił, czołowy kandydat na prezydenta Ukrainy w 1999 roku, zginął w bardzo podejrzanym wypadku samochodowym w marcu 1999 roku. Śledztwo przeprowadzone za prezydentury Juszczenki wykazało, że to agenci rosyjskiego FSB "rozwiązali" problem Czornowiła. Są jeszcze prezydenci Czeczenii: Dżochar Dudajew, Zelimchan Jandarbijew i Asłan Maschadow - wszyscy zabici. Długa lista ludzi, którzy byli dość popularni, mieli wysokie ambicje polityczne i skończyli tak, jak skończyli. Każdy lider polityczny tej części Europy, patrząc na tę listę podejrzanych i niewyjaśnionych zgonów, zastanowi się nad swoją polityką i nad tym, jak uniknąć jej nieprzewidywalnych konsekwencji. "

piątek, 10 grudnia 2010
WikiLeaks: Sikorski, Klich, tarcza i proroczy Generał Italia


Polecam omówienia dokumentów WikiLeaks na stronie Guardiana. Ponieważ poruszane jest tam mnóstwo wątków, to ze względów technicznych wrzucam jedynie te smakowite kawałki na facebooka. Teraz odniosę się do kilku poloniców z WikiLeaks.
                       
                                 ***

Najpierw komentarze Maćka do moich wpisów o polskich wątkach amerykańskich depesz dyplomatycznych.  Możecie je przeczytać tutaj oraz tutaj. Cenię opinie Maćka, bo to oficer służb mundurowych a przy tym szczery patriota. Stawia on tym razem ciekawe tezy o stosunku naszego rządu do Rosji, śledztwa Smoleńskiego oraz zagrożenia militarnego ze Wschodu. Sugeruje nawet, że rząd przygotowuje się na wypadek konieczności stworzenia ruchu partyzanckiego na wschód od linii Wisły (czyli tam gdzie, mieszkam). Wskazuje jednak, że gabinet Tuska robi to w strasznie partacki sposób.

No cóż, Maciek ma w pewnych miejscach rację. Ale jego teza nadal nie wyjaśnia czemu Klich nie tylko redukuje armię, ale ordynarnie ją rozwala. W sytuacji zagrożenia ("10-15 miesięcy" ministra Sikorskiego) każdy żołnierz i czołg jest przecież na wagę złota. Nawet taki cienias jak Stanisław August Poniatowski w obliczu zagrożenia starał się zwiększać armię (inna sprawa, że mu nie wychodziło...).

Szkolenia ASG organizowane przez wojsko oraz udzielenie Strzelcowi i harcerzom pozwolenia na ćwiczenia z bronią długą nie muszą jeszcze świadczyć o przygotowywaniu partyzantki. Może rządowi po prostu chodzi o szykowanie kadr dla zawodowego wojska lub Narodowych Sił Rezerwy? Poza tym KONSPIRACJA TO NIE TYLKO LATANIE Z KARABINEM PO LASACH. Polskie Państwo Podziemne było przygotowywane do budowy przez kadrowych pracowników wywiadu II RP na długo przed 1939 r. Dzisiaj konspirację musieliby tworzyć również ludzie służb. A kogo rząd Tuska do tych służb wpuszczał przez ostatnie lata? Skorumpowanych policjantów z dużymi brzuchami oraz panów w zielonych mundurach z kiszczakowskiego zaciągu. Jeśli oni będą tworzyć konspirację, to można się spodziewać, że zostanie ona rozpracowana przez Sowietów szybciej niż WiN. Jeśli jakimś cudem weteran WSI nie pracuje dla Moskwy, to jest dla niej całkowicie transparentny. Poza tym przydupasy gejnerała Jarucwelskiego z SB i WSW może potrafią zabić starego księdza czy opierdzielić FOZZ, ale nie znają na budowaniu antyrosyjskiej konspiracji.

                               ***

Dzisiaj minister Sikorski twierdził, że został źle zrozumiany przez amerykańskiego dyplomatę cytowanego w WikiLeaks. Akurat :)  Może rzeczywiście PiS-owcy źle go oceniają i nie zauważają, że miał dobre intencje i chciał obronić Polskę przed Rosją. No to w jaki fatalny sposób to robił rzuca światło ambasador Waszczykowski:

"Przez trzynaście miesięcy premier i szef MSZ zwlekali z ratyfikacją umowy o budowie tarczy, a tyle czasu dokładnie minęło do momentu, gdy Amerykanie wycofali się planów jej instalacji, co zakomunikowali 17 września 2009 roku. W tym momencie polscy politycy zostali ze sznurem w rękach. Z obietnicami, że może za 11 lat powstanie w Polsce tarcza antyrakietowa. Dali prezydentowi Barackowi Obamie pretekst, by się z wcześniej podpisanej umowy wycofać.

Przecież dla wszystkich było jasne, że nowa demokratyczna administracja, której szefem będzie taki polityk jak Obama, nie będzie zainteresowana budową w Polsce baz rakietowych. Tusk i Sikorski uważali, że stanie się inaczej?
- To sam minister Sikorski mówił, by czekać na wybór Baracka Obamy, a wraz nim na Rona Asmusa, który w tej sprawie będzie miał sporo do powiedzenia. Sikorski mówił: "Demokraci dadzą nam więcej". Dzisiaj odwraca kota ogonem i bezczelnie kłamie, że to oni wiedzieli, iż Amerykanie się wycofają. Co ciekawe, już po wyborze Obamy na prezydenta do Polski przyjeżdżał Robert Gates, pozostawiony przez nową administrację na stanowisku sekretarza obrony, by realizować w Polsce projekt budowy tarczy antyrakietowej. Namawiał do ratyfikacji podpisanej w sierpniu 2008 r. umowy. Co więcej, w kwietniu 2009 r., o czym można poczytać w dokumentach zamieszczonych w WikiLeaks, przyjechała do Polski delegacja pod kierownictwem Carla Levina, szefa senackiej komisji obrony, i ona też namawiała do ratyfikacji tej umowy. Sondowano również, czy Polska oczekuje czegoś innego. Tymczasem mijały tygodnie, aż wreszcie na początku lipca 2009 r. Obama pojechał do Moskwy na rozmowy w sprawie ratyfikacji układu o ograniczeniu zbrojeń strategicznych START. I tam Rosjanie postawili warunek, że będą kontynuowali rozmowy na temat układu, jeśli do negocjacji zostaną włączone tzw. pasywne środki obrony rakietowej, a więc program budowy tarczy antyrakietowej.

To był moment przełomowy?
- To był sygnał, że po zgodzie Obamy na taki warunek Amerykanie rezygnują z budowy tarczy w Polsce. A ona sama stała się elementem przetargowym z Rosją.

Można było w tym momencie załatwić jeszcze obecność w Polsce samolotów F-16 czy amerykańskich żołnierzy w Gdyni?
- Oczywiście, że było to możliwe. Jeszcze w czasie negocjacji w 2008 r. rząd Tuska zmienił koncepcję, jaką kierowano się, negocjując obecność wojsk amerykańskich w Polsce. Postawiono Amerykanom warunek, że za pobyt ich wojsk Stany Zjednoczone muszą nam sowicie zapłacić, a do tego upierano się, by w Polsce stacjonowały baterie rakiet Patriot. Wtedy pojawiła się rozbieżność co do koncepcji obronnej, jaką Polska winna przyjąć. Amerykanie stwierdzili, że nawet kilkanaście baterii rakiet nie ochroni Polski przez potężną salwą ze strony wroga. Proponowali więc inne aktywne środki obrony, bardziej ofensywne, które będą mogły likwidować cele, z których będą odpalane rakiety wycelowane w Polskę. Chodziło o samoloty F-16. Rząd jednak upierał się przy rakietach Patriot. Amerykanie zaproponowali więc ich zakup i w końcu wszystko zakończyło się tym, że w Polsce jest tylko jedna bateria, i to ćwiczebna, stacjonująca rotacyjnie. I na tym koniec."

Pomysł z upieraniem się przy baterii Patriot był autorskim pomysłem Romana Kuźniara. Rząd go przyjął, co nie świadczy o jego zdradzieckich intencjach, ale o nieudolności i przedkładaniu PR-owych zagrywek ("mamy baterię, która ochroni Warszawę przed atakiem") nad strategię. Wszystko to przypomina sprawę z katarskim inwestorem dla stoczni. Jak wynika z podsłuchów CBA rządowi urzędnicy naprawdę myślili, że się pojawi jakiś tajemniczy Arab z wielką kasą i uratuje zakład przed eurowyborami. Zostali jednak zrobieni w bambuko. Boże, ci ludzie chyba się wzięli z Generała Italii...



/>                                     ***

Jakiś czas temu zauważyłem, że obecna Polska jest bardzo XVIII-wieczna. Bronek Komorowski wypisz wymaluj Radziwiłł "Panie Kochanku", Paliwhooy jako zdegenerowany, błaznujący magnat-targowiczanin, Radek Sikorski jako Barry Lyndon... Nawet kler jakiś XVIII-wieczny: TW "Filozof" i Pieronek prawie jak bp. bp. Masalski i Kossakowski, ś.p. ks. Henryk Jankowski jako Hugo Kołątaj (obaj olewali śluby czystości, obaj mieli epizod agenturalny, ale bilans życia ich obu był dodatni - więc liberałowie nie oburzajcie się tym porównaniem). PO po depeszach WikiLeaks przypomina mi obecnie nieudolnych reformatorów Stanisława Augusta, którzy chcieli modernizacji i lawirowania między potęgami, ale wszystko spieprzyli. Duża część elektoratu PO to jednak sarmacka szlachta z czasów saskich wierząca, że Rzeczpospolitej nic nie zagraża póki podatki będą niskie, liberum veto i zajazdy dozwolone a mięsiwo i miód pitny będą stały na stołach. Część środowisk wspierających obecną władzę śmiało mogę jednak zaliczyć do Targowicy (np. gejnerał Jarucwelski). PiS przypomina za to Konfederatów Barskich. Chcą jak najlepiej, ale są słabo zorganizowani więc wychodzi im jak zwykle. A że stali się religijni, to porównanie jak najbardziej pasuje...

A gdzie ja się sytuuję w tym podziale? Ja jestem polskim jakobinem, który tylko czeka na pojawienie się nowego gen. Jakuba Jasińskiego oraz na dźwięk zbijania szubienicznych desek na Placu Zamkowym.
wtorek, 07 grudnia 2010
WikiLeaks: tarcza, Patrioty, Sikorski, Klich, Tusk


W świetle rewelacji WikiLeaks polityka zagraniczna rządu Tuska wygląda na skrajnie nieodpowiedzialną. Najpierw wzorem Romana Kuźniara gardłowali przeciwko tarczy, starając się maksymalnie opóźnić podpisanie porozumienia i jednocześnie uzależniając całą umowę od przysłania nam baterii "Patriotów". Gdy uzyskali tą lipną baterię ("Z Radkiem Sikorskim zawsze dostaje się coś ekstra"), zorientowali się, że ta "roślina doniczkowa" nie jest żadną gwarancją bezpieczeństwa dla Polski. Nagle znaleźli się sam na sam z Rosją i się... przestraszyli. Ciekawa sprawa, bo Amerykanie proponowali nam myśliwce F-16 lub komandosów marynarki wojennej zamiast atrapy "Patriotów", Klich jakoś się z nimi nie dogadał, co nie powinno dziwić. Zamiast tego błagał Amerykanów, by przysłali te lipne rakiety do Morąga na inaugurację kampanii prezydenckiej... Sikorskiego.  Skutek publikacji jest taki, że Sławomir Nowak i Sikorski się pocą, bo WikiLeaks przypomniał ich wypowiedzi, które Ławrow może mieć im za złe. W rządzie pewnie jednak się cieszą, że WikiLeaks nie opublikowało posmoleńskich depesz, bo obciach byłby jeszcze większy.

A tak skomentował całą sprawę (jeszcze przed publikacją ostatniej partii depesz) Krzysztof Wyszkowski:

"Tusk zwalczał nie tylko Lecha Kaczyńskiego i jego marzenia o Polsce zabezpieczonej przed zagrożeniem ze strony Rosji, ale zrobił wiele dla zepchnięcia do rosyjskiej strefy wpływów całej Europy Środkowo-Wschodniej. Centrum Tarczy nie były antyrakiety pod Koszalinem, a radar w Czechachi, jak wynika z ujawnionych depesz: <Rosja bardziej boi się radaru niż stanowisk przechwytujących,  ponieważ ten pierwszy może namierzyć lokalizację rosyjskich sił strategicznych /.../ Lokalizacje w Polsce i Czechach były częścią globalnej architektury tarczy anty-rakietowej, które, połączone, mogłyby niemal „znokautować Rosję">. Tusk zdradził sojusz polsko-czeski, bo w czasie, gdy Czesi robili wszystko, by zapewnić budowę Tarczy, on opóźniał podpisanie umowy, a następnie bojkotował jej ratyfikowanie.

Teraz robi dobrą minę do złej gry: „Plotka głosi, że Amerykanie pisali między sobą z ubolewaniem, że bardzo twardo negocjujemy, ale jeśli rzeczywiście to jest w tej korespondencji, to raczej jest komplement..." - usiłuje odwracać kota ogonem, ale w tym momencie zdradza go podświadomość i ni stąd ni zowąd wypala: „niż pochodnia."! Poczuł się przypalany? Słusznie, bo bardzo to podobne do tańca niedźwiedzia na rozpalonej przez WikiLeaks blasze.

Jeszcze bardziej, jeżeli to możliwe, przerażony przeciekami jest Sikorski. Już wiemy, że: „szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow powiedział dziennikarzom, że nie wierzy, by Sikorski faktycznie wypowiedział takie słowa (krytykował Rosję). Dodał, że jeśli jednak coś takiego miało miejsce, to byłoby to dla niego "głębokim zdumieniem, bo rozmawiał z Sikorskim już wcześniej o problemach dotyczących bezpieczeństwa europejskiego". Co będzie, jeżeli wyciekną razgawory Sikorskiego z „naszym mocarstwem"?

Gdy Sikorski czyta depeszę: „Polska objęła zaskakująco silne przywództwo podczas konfliktu w Gruzji /.../ prezydent Lech Kaczyński i szef MSZ Radosław Sikorski różnią się co do wpływu wojny w Gruzji na plany budowy tarczy antyrakietowej na terenie Polski i Czech. Kaczyński był zdania, że konflikt jeszcze bardziej przemawia za koniecznością budowy Tarczy, z kolei Sikorski uważał, że nie ma związku między rozmowami o tarczy a trwającą wojną na Kaukazie.", to już teraz czuje się pies zapędzony do kąta i wściekle gryzie pamięć o człowieku, którego 10 kwietnia uznano martwym i pokonanym wraz z jego polityką: „To pokazuje, jak bardzo mylili się ci, którzy byli gotowi oddać swą prezydenturę za tarczę, oraz ci, którzy twierdzili, że wszystko zależy od rządu polskiego /.../ że gdyby nasz rząd był bardziej usłużny wobec USA, podpisał umowę o Tarczy miesiąc wcześniej i na gorszych warunkach, to ona by powstała."

Szkoda tylko, że kretyni stanowiący większość mieszkańców Polski nie dostrzegają, że ich cesarz jest nagi.

Ps. Przypomninam, że wspomniany w depeszach wiceminister obrony Stanisław Komorowski, który porównał atrapy patriotów do roślin doniczkowych, był jedną z ofiar katastrofy smoleńskiej.
środa, 24 listopada 2010
Smoleńsk: latająca trumna z Samary


Powyżej: remont Tu 154 M nr. 101 w Samarze. Tutaj macie filmik. Pytanie do specjalistów: czy czynności wykonywane wokół Tupolewa są zgodne z procedurami?

Ledwo drugi rządowy Tupolew wrócił z Samary, a już wykryto w nim usterkę: nie działa system łączności satelitarnej. Przypominam: odkąd Tu 154-M z numerem bocznym 101 wrócił z tych samych samarskich zakładów, doszło w nim do co najmniej 11 awarii (12 jeśli doliczymy posypanie się układu sterowania 10 kwietnia).

Warto przytoczyć słowa rosyjskiego eksperta Michaiła Makarowa, o remoncie Tupolewa w Samarze i jego katastrofie:

"Największe znaczenie ma tu oczywiście ten, kto remontował, bo przecież przez lata wpakował 25 milionów dolarów w komisję badającą przyczyny katastrofy, przedpłacając zgodnie z taryfikatorem urzędowym za pożądane certyfikaty na swoje lotnicze produkty i usługi. A jest to przyjaciel premiera Putina - szefa rządowej komisji badającej przyczyny katastrofy, biznesmen Oleg Deripaska, wykonawca wątpliwego remontu Tu-154M w Samarze, pod chmurką, na śniegu. Proszę też sprawdzić, kto kierował urzędem, który w latach 60. finansował i nadzorował projekt Tu-154. Czy to nie czasem ta sama dama w mundurze generała, która i teraz nadzoruje prace MAK - Tatiana Anodina? Ano tak."

Ekspert ten wskazuje, że 10 kwietnia mogło dojść do awarii:

Rosjanie sugerowali też możliwość błędnego użycia radiowysokościomierza przez polskich pilotów.
- Wszystkie odczyty wysokości pochodzą z wysokościomierza barycznego, nie z urządzenia radiowego, bo radiowysokościomierz sygnał dźwiękowy typu VPR nastawnika 100 m wydał przy odczycie 60 m, a nie 100 metrów. Co stało się dalej, nie wiemy bez parametrów FDR. Nie mniej wszystko wskazuje na usterkę maszyny. Gdyby do niej nie doszło, to po wyrównaniu na 100 m (gdy TAWS zmienił komendę, potwierdzając radykalne zmniejszenie realnej prędkości opadania) prędkość lotu nie spadłaby gwałtownie do znacznie poniżej minimalnej, bo nie pozwoliłby na to automat ciągu i oko drugiego pilota kontrolujące prędkość, co wcześniej miało potwierdzenie w stenogramie. Skąd prędkość 180 km/h, a taka w stenogramie jest bajecznie prosta do wyliczenia, bez sygnału alarmowego dla pilota z autocentrali SVS? Dalej najpewniej nastąpiło przeciągnięcie, coś, czego ten dowódca, Protasiuk, jako pilot doświadczalny, nie dopuściłby się, bo każdy pilot doświadczalny, nawet III klasy, ma problematykę przeciągnięcia w jednym palcu. Czy zawiodły silniki, czy autopilot, czy stery, czy prędkościomierz - nie wiem, bo nie mam danych lotu, prawdziwych danych. Wiem tylko, że zawsze dobrze jest obarczyć winą nieżyjących - generałów, ministrów, dyrektorów i biznesmenów, bo nie mają adwokatów i nie mogą się już bronić. Powód jest jeden - wtedy nie odpowie za to ten, kto żyje, a więc m.in. ten, kto tak, a nie inaczej zaprojektował samolot, ten, kto egzemplarz wyprodukował, a w roku 1990 różnie z tą produkcją bywało, ten, kto go remontował, i ten, kto wpakował do 20-letniego tupolewa dwóch prezydentów i cały sztab generalny, ten, kto zabezpieczał wizytę, ten, kto nie zamknął lotniska z powodu mgły, ten, kto dopuścił, by na wieży usiedli kontrolerzy bez uprawnień, aż wreszcie ten, kto nieudolnie usiłował sprowadzać samolot do lądowania, czyli Plusnin."

i jeszcze w kwestii awaryjności Tupolewów (mówi to człowiek, który wylatał ponad 12 tys. godzin):

"Niewątpliwie samolot Tu-154 jest jedną z najlepszych konstrukcji lotniczych ZSRS, ale od jego oblotu minęło już ponad 40 lat. Wyprodukowano sztuk - jak wspomniałem - 1012, rozbiło się co najmniej 57, kolejne 10 utracono lub zostały zestrzelone, 140 uczestniczyło w incydentach i uprowadzeniach, ponad 500 dawno zezłomowano. Do dziś lata niespełna 200 tych maszyn, 70 w Rosji, 1 w Polsce. Rejestr fabryczny i rejestry późniejsze (cywilny, eksportowy i wojskowy) różnią się pod względem liczby wyprodukowanych Tu-154 o 82 sztuki. Przynajmniej 82 maszyny zaginęły więc bez wieści - to te, o których katastrofach ZSRS nie poinformował świata, bo zawsze dobrze było to zataić (o ile się dało), oraz te (a takich było wiele), które zostały wyprodukowane z tak poważnymi wadami, że nie przeszły oblotów technicznych w fabryce w Kujbyszewie (Samarze), zostały wykreślone z rejestru i rozłożone na części, lecz wpis w dokumentacji fabryki po nich pozostał.

Liczba katastrof i incydentów pokazuje, że nie jest to maszyna bezpieczna?
- Tak, i nigdy taką nie będzie, nawet gdy polski rząd zechce ją odmalować i wpakować do kokpitu wątpliwej nowoczesności amerykańskie urządzenia nawigacyjne z końca lat 90. Samolot zaprojektowany w roku 1966 zawsze będzie samolotem zaprojektowanym w roku 1966 i nie zmieni się nagle w Tu-334 czy Airbusa A-350, a żadne urządzenia nie zrekompensują letalnych wad technicznych, jakie czynią tę konstrukcję po prostu niebezpieczną.Biorąc pod uwagę prostą matematykę, przynajmniej 100 Tu-154 musiało ulec katastrofom. Były to te, które leciały z cargo (często przeładowane) albo też w lotach technicznych bez pasażerów (gdy startowały z poważną awarią). Wtedy łatwo zataić katastrofę. Moim zdaniem, przynajmniej 10 proc. produkcji tej maszyny rozbiło się. To bardzo dużo."

A tymczasem jak donosi PAP:

"Główny konstruktor samolotu Tu-154 Aleksandr Szengardt oświadczył w wywiadzie dla dziennika "Izwiestija", że winę za katastrofę polskiej maszyny prezydenckiej pod Smoleńskiem ponoszą piloci.

Konstruktor oświadczył, że do dzisiaj nie było nawet jednej katastrofy Tu-134 lub Tu-154 z winy techniki. - Winny jest - jak to się dziś określa - "czynnik ludzki" - powiedział.

Szengardt 1 czerwca skończył 85 lat. Mimo zaawansowanego wieku nadal kieruje konstruktorami koncernu Tupolew.
"

Koncernowi Tupolew gratuluje konstruktora.
sobota, 13 listopada 2010
Zatrzymanie Roberta Biedronia

Najlepsze są okrzyki pod koniec. Biorąc pod uwagę, że endecy byli zblokowani kilkadziesiąt metrów dalej, musiały one paśc z ust dziennikarzy, fotoreporterów bądź policjantów. :)
Marsz Niepodległości 2010 - upragniona relacja
Powyżej: Robert Biedroń w policyjnym radiowozie, po tym jak zaatakował policjanta od tyłu. Oj nieładnie... (zdjęcie z facebookowego fotobloga Jakuba Szymczuka). 

Od razu zaznaczam, że nieprawdą jest jakoby rzekomo wsadzono mnie do aresztu razem z Biedroniem. Ale, wszystko po kolei:

Na Marsz Niepodległości wybrałem się choc jestem od endeckiej tradycji daleki. Po prostu zaprosili mnie tam endeccy koledzy a ja byłem ciekawy jak ta impreza będzie wyglądała. Dodatkowym "zaproszeniem" był dla mnie tekst red. Blumsztajna w "Wyborczej" zwołujący na miasto lewackich bandytów z Anftify. Przyjechałem na Stare Miasto tramwajem od strony Bankowego razem z przyjaciółmi oraz kilkoma nacjonalistami z Węgier. Wspólnie klęliśmy na traktat z Trianon, a kolega Dawid usiłował namówic jakiegoś Niegeryjczyka, by udał się z nami na marsz. 

Lewackiej blokady przy św. Annie nie widzieliśmy, ale ją słyszeliśmy. Weszliśmy szybko w otoczony policyjnym kordonem tłum pod Zamkiem Królewskim. Większośc ludzi wyglądała tam "normalnie" a chłopaczki z MW nie sprawiały wrażenia skłonnych do zadym. Bardziej twardo prezentowali się gostkowie z ONR - kibolska prezencja robi swoje. Na miejscu wyłowiłem wzrokiem Korwina-Mikke i Ziemkiewicza. Ucieszyło mnie, że na marszu znalazło się dużo dziewczyn. Niektóre z nich całkiem bojowe. Rozczulił mnie następujący obrazek: niska blond panienka zasłania twarz przed policją i antfią czarną opaską a na głowę zakłada czarny kaptur... z różowymi kocimi uszkami. Jak w jakimś anime...

Jak już pewnie wiecie, po jakiś 20 minutach czekania marsz został skierowany okrężną trasą - od Zamku Królewskiego, dołem na Powiśle, dalej przez Rozbrat i prawie przez Łazienki pod pomnik Dmowskiego. Organizatorzy ogłaszali przez megafon: "Jest nas 1,5 tys.!". Czy to dla endecji sukces? Nie wiem. W każdym bądź razie nie widzałem nikogo hailującego, obnoszącego się z naziolskimi symbolami, czy też krzyczącego coś o Hitlerze. Sam próbowałem prowokowac tłum do wznoszenia faszystowskich haseł, ale niestety mi nie wyszło:) Zamiast tego ograniczano się do tradycyjnego repertuaru endeckiego: "Roman Dmowski, wyzwoliciel Polski", "Narodowe Siły Zbrojne", "Naszym celem Wielka Polska" czy też bardzo żenujące "Precz z unijną okupacją". Przypadkowi świadkowie tego pochodu, czasem klaskali i nas pozdrawiali. Raz widziałem tylko emerytkę resortową, która próbowała szarżowac na tłum :)

Taki marsz oczywiście przyciąga świrów. Jednym z nich był znany endecki pieniacz Krzysztof Zagozda. To on organizował protesty przeciwko koncertowi Madonny (bo jest fanem norweskiego black metalu:). Szedł z bannerem swojego stowarzyszenia Unum Principum. Na bannerze krzyż z dwiema nachylonymi ku niemu sosenkami. Podchodzę do Zagozdy i pytam:

- Przepraszam, co oznaczają te sosenki?

- Proszę Pana! To są jodły!

- No to co oznaczają te jodły?

- Proszę Pana! Kiedyś w Watykanie istniało tajne stowarzyszenie... walczące z masonami i żydostwem.

- Jak się nazywało?

- Sodalitium Pianum.

- I co ono ma wspólnego z jodłami?

- Bo Proszę Pana, pianum to po łacinie cedr.

- Aha, więc to tak drogą skojarzeń: sosna-jodła-cedr-Sodalitium Pianum! Nigdy bym nie pomyślał...

Przy Karowej widziałem małą grupkę "antyfaszystów", szybko otoczoną przez policję - będącą tego dnia "narzędziem faszystowskiego ucisku". Na Oboźnej zatrzymał nas policyjny kordon. Dalej stała grupka lewaków, jak się później okazało z Dominikiem Tarasem na czele. Policaje ich otoczyli i... nie wiedzieli dalej co zrobic. Postaliśmy tam więc co najmniej pół godziny. Zaczęła się skinheadowska zabawa: "Kto nie skacze jest pedałem!". Jako jedyny nie skakał były poseł Artur Zawisza:)

Po pewnym czasie co bardziej krewkim gostkom z ONR (?) czekanie się znudziło. Zaczęli krzyczec "Białe kaski robią laski!", "Zawsze i wszędzie policja jeb... będzie!". Jeden z gostków rzucił hasło: "Przechodzimy! Co mamy tu stac dwa dni!?". I wbiegł prosto w policyjne tarcze. Bum! Odbił się od nich a policja zaczęła napierac. Próbowałem go powstrzymac: "Człowieku, kurwa uspokój się!". Kolega Przemek przemówił:"Ludzie tu jest więcej ABW niż policji! Im zależy na zadymie!". Po chwili policja odblokowała boczną ulicę a tłum się uspokoił i skręcił w nią. A Dominik Taras skarżył się później w Superstacji, że policja potrzymała go tam jeszcze dwie godziny i nie puściła do toalety. Ponoc zrobił pod siebie...

Dalej już było spokojnie a obok Łazienek, już nawet romantycznie - pięknie wyglądały polskie flagi oświetlone kibicowskimi racami.  Wreszcie, po trzech godzinach (!) doszliśmy pod pomnik Dmowskiego. Następnie Korwin-Mikke chrzanił tam coś od rzeczy. Chrzanił również Przemysław Górny weteran ruchu endeckiego. "Kiedy Roman Dmowski mówił o płomieniu narodowej rewolucji ogarniającej Europę, mówiono że jest stary i głupi. Teraz spełnia się jego sen". Taaa, akurat. W miarę z sensem mówił natomiast ATW z ONR. Piękne słowa o śmierci narodu rozpoczynającej się od śmierci fanfary...

Na koniec skorzystałem z herbaty przygotowanej przez Eugeniusza Sendeckiego - Człowieka Legendę polskiego internetu. Wystąpiłem nawet w jego netowej telewizji. Muszę przyznac, że zorganizował profesjonalne studio :) Poniżej, mój krótki występ w Telewizji Narodowej euGeniusza sEndeckiego. Od około 1:40. I jeszcze bonusowo piosenka dedykowana Biedroniowi. :)


środa, 10 listopada 2010
Smoleńsk - seria niefortunnych "wypadków"


Kolejny dowód na oc*pienie w stosunkach polsko-rosyjskich. Jak donosi "Rz":

"Rosyjscy śledczy przysłali nowe zeznania Pawła Plusnina i Wiktora Ryżenki – kontrolerów ze smoleńskiego lotniska, którzy 10 kwietnia sprowadzali na ziemię prezydencki Tu-154.

Wśród materiałów jest decyzja unieważniająca zeznania kontrolerów złożone zaraz po katastrofie. (...)

Dlaczego Rosjanie je zakwestionowali? Bo pozwala na to art. 166, gdy są wątpliwości dotyczące „czasu i miejsca” przesłuchań kontrolerów lub zeznania są ze sobą sprzeczne. (...)

Obaj kontrolerzy zostali przesłuchani w Rosji tuż po katastrofie. W tym, co mówili, były niejasności. Najważniejsze:

  • utrzymywali załogę tupolewa w przekonaniu, że samolot jest na dobrej ścieżce i kursie, chociaż tak nie było (Tu-154 był przed lądowaniem ok. 30 – 50 m od środka pasa startowego);
  • Ryżenko informował pilota, że samolot jest na właściwej wysokości, a w kilku momentach był na innej niż wymagana (np. 4 km od pasa powinien być 200 metrów nad ziemią, a według meldunków nawigatora był na 300 metrach);
  • kontrolerzy podawali załodze mylne dane o pogodzie, zaniżając widoczność (mówili, że widać na 400 m, a było na 800 m) – według nich miało to skłonić pilota do lądowania na innym lotnisku;
  • w wywiadzie dla portalu LifeNews.ru Plusnin mówił, że proponował pilotowi lotnisko zapasowe, ale ten miał odmówić. Ale nie ma tego w stenogramach."
(End quote)

Zachowanie kontrolerów przyznajmy niestandardowe. Tutaj macie zapisy ich zeznań. A jeśli dodamy do tego informacje jakie znalazły się w aktach polskiego śledztwa (które pominął lisi "Wprost") sprawa staje się jeszcze ciekawsza. Zaznajomiony z aktami red. Sakiewicz zwraca nam uwagę, że:

"Według zeznań pilota jaka Artura Wosztyla, GPS w jego samolocie kierował go w bok. Wszyscy mamy w pamięci obraz schodzącego z kursu rządowego Tupolewa. Wosztyl zorientował się, że GPS ściąga go z właściwej drogi. Czy wiedział o tym pilot Tupolewa? Wosztyl zeznaje, że przednia radiolatarnia wysyłała nieskoordynowane sygnały, a poza tym odległość między nimi była pół kilometra mniejsza, niż wynikało to z kart podejścia. Czy wiedział o tym pilot Tupolewa? Wosztyl twierdzi, że przestał uwzględniać przednią radiolatarnię i kierował się tylko tylną. Z całą pewnością nie zrobił tego pilot Tupolewa. On po prostu nie miał pojęcia, że radiolatarnia źle działa i w dodatku jest w innym miejscu.

To jednak nie koniec problemów z nawigacją. Niezwykle ważne przy lądowaniu urządzenie – ciśnieniomierz baryczny – był wcześniej uszkodzony. Nie wiadomo, czy piloci mieli wystarczające zaufanie do jego działania.

Kontroler lotu nie był pewny, jakie ciśnienie podawał pilotom przed katastrofą. Jednocześnie, mimo że samolot schodził z kursu, kontroler utwierdzał pilotów, że są „na kursie i na ścieżce”. Według zeznań innego pilota, Piotra Pietruczuka, zamontowane w Tu-154 podczas remontu w Samarze urządzenia (chodzi o radiostacje ratownicze) zakłócały sygnał GPS. Według relacji drugiego pilota jaka Bogdana Suchorskiego próg pasa w Smoleńsku był faktycznie przesunięty o 300 metrów w stosunku do kart podejścia. Co to wszystko znaczy?

Zarówno sygnały z wieży, jak i te przetwarzane przez urządzenia samolotu prowadziły pilotów prosto do katastrofy. Różnice między tym, co im podawano, a tym, co rzeczywiście się działo, były dramatyczne. Piloci jaka lądowali przy lepszej pogodzie, mogli więc ignorować złe naprowadzanie. Piloci Tupolewa uwierzyli sygnałom z rosyjskich urządzeń i informacjom z wieży. Byli zaskoczeni tym, gdzie się znaleźli, i próbowali poderwać maszynę."

(End quote)

Naprawdę ciąg niefortunnych zdarzeń. Jak nazywamy taki zbiór dziwnych zbiegów okoliczności?

Ps. Polecam wywiad z wdową po gen. Błasiku. Tekst naprawdę mocny. Jest tam również fotka zegarka generała, który zatrzymał się o 8:38. A poniżej zdjęcie munduru admirała Karwety zrobione na pokładzie ORP "Błyskawica" przez jednego z forumowiczów z rebelya.pl



wtorek, 09 listopada 2010
Marsz Niepodległości 2010

Znacie mnie i wiecie, że do tradycji endeckiej mam jak najbardziej krytyczny stosunek. Zyskałem nawet miano "wroga ruchu narodowego". Ale na czwartkowy Marsz Niepodległości się wybieram, a przekonał mnie do tego red. Sewreyn Blumsztajn z "Gazety Wyborczej". Popełnił on ostatnio bardzo histeryczny tekst w którym napisał: 

"Są tacy, którzy mają obowiązek gwizdać z nami - to lewica wszelkiej maści. Zapraszamy więc wszystkie kolory czerwieni"

Czy lewicę czczącą Stalina i Pol Pota również? Swój udział w "rozp... faszystów" zgłosili już przecież lewaccy ekstremiści z Niemiec - uznawani przez Federalny Urząd Ochrony Konstytucji za niebezpiecznych terrorystów. Będzie też trockistowska Pracownicza Demokracja. Będą miłośnicy Hamasu z Kampanii Solidarności z Palestyną. Red. Blumsztajn zarzuca ONR, że odwołuje się do antysemickiej tradycji. Sam jednak poparł właśnie organizacje marzące o zniszczeniu Państwa Izrael.

Poza tym, kim są według red. Blumsztajna i jego lewacko-terrorystycznych sojuszników faszyści? "Gazeta Wyborcza" jak dotąd oskarżała o rasizm lub faszyzm: buddystów z Diamentowej Drogi, hobbystów z grup rekonstrukcji historycznej, szwedzki zespół Sabaton, prof. Wolniewicza, prof. Wieczorkiewicza... Jutro może się okazac, że faszystą zostanie obwołany Sławomir Sierakowski, Jarosław Gowin czy Misio Kuciapek. Poniżej przykład na to, że lewactwo uznało za faszystę osobę... która walczyła z nazizmem. Autentycznym a nie z jakimś podpistym skinem...


Poza tym osoby deklarujące się obecnie, 65 lat po wojnie jako "działacze antyfaszystowscy" powinni trafic do Tworek. Żadnego faszyzmu nigdzie nie ma. Mussolini od dawna już nie żyje, tak jak Hitler. (Rafał Pankowski będzie mnie pewnie próbował przekonac, że Fuehrer uciekł okrętem podwodnym na Antarktydę, ale ja nie wierzę w takie teorie spiskowe). Faszyzm nie stanowi żadnego zagrożenia: militarnego, politycznego, ekonomicznego, kulturalnego... Walczyc dzisiaj z faszyzmem to tak jak walczyc z Imperium Habsburgów czy Dżyngis Chanem. To zadanie dla wariatów. O czym świadczy skład porozumienia 11 listopada. Niszcz antyfaszyzm!

A na koniec rzymskie pozdrowienie, od chińskich kibiców Lazio :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Zakładki:
Ciekawe strony - moje i moich przyjaciół
FAJNE BLOGI - wybór należy do Ciebie
Geostrategia, globalna polityka etc.
Katolicyzm
Konspiracjonizm, millenaryzm, ufologia (LINKI WYŁACZNIE W CELACH EDUKACYJNYCH!)
Polskie Radio
X
Y